Michał Lisiecki pokazuje ciekawą stronę sprzedaży
RSS
wtorek, 28 stycznia 2014

Jeżeli znów naszły nas myśli w rodzaju „tego nie da się sprzedać – a już na pewno w ten sposób (w domyśle – w tym kanale dystrybucji)” to mam dziś coś, co może zmienić ten sposób myślenia.

 

Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu styka się z tzw. automatami vendingowymi – czyli maszynkami, do których wrzucamy pieniądze a w zamian (najczęściej) wyskakuje nam jakiś towar. Kupujemy w ten sposób napoje, słodycze, chińskie zupki albo bilety PKP.

 

Natknąłem się ostatnio w internecie na coś ciekawego. Ujrzałem automat sprzedający sztabki złota. W dodatku sprawa nie jest bardzo nowa – bo pierwszy automat stanął już w 2010 roku w – jakże by inaczej – Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W razie gdyby komuś było za daleko – najbliższy automat ze złotem znajduje się w Berlinie. Pomyślałem, że skoro można sprzedawać złoto z automatu to w zasadzie nie istnieje żadne ograniczenie w stylu „tego nie da się sprzedać”. Zacząłem się zastanawiać, szukać i wypytywać znajomych jakie inne, nietypowe rzeczy sprzedaje się w automatach – bo może maszyna ze złotem jest jakimś ewenementem. Okazało się, że wcale nie. Oto zestaw innych „kuriozów”.

 

Ziemniaki

W Holandii przy drogach lokalnych można natknąć się na automaty sprzedające ziemniaki zapakowane w worki. Są to maszyny w rodzaju naszych Paczkomatów (a więc dość duże), z kilkudziesięcioma zamkniętymi przegródkami. W każdej z nich jest worek ziemniaków np. 1 kg, 2kg, 5kg. Po uiszczeniu opłaty otwiera się odpowiednia klapka i możemy zabrać swój towar. Na marginesie dodam, że funkcjonują (również w Polsce) automaty sprzedające frytki.

 

Mleko

Mlekomaty można spotkać w Polsce. Są m.in. w Krakowie, Tczewie, Warszawie, Poznaniu. Mają nawet swoją własną stronę internetową, gdzie można dowiedzieć się o rozwoju sieci maszyn z mlekiem. Dodatkowo, nie jest to mleko w kartonikach ale świeże, chłodzone mleko (prawie) prosto od krowy.

 

Pizza

Nie chodzi bynajmniej o mrożoną pizzę, którą maszynka tylko podgrzewa w zamontowanej mikrofali ale o robioną i wypiekaną na miejscu – w automacie - pizzę z wybranymi przez nas składnikami. Pomysł powstał pierwotnie oczywiście w ojczyźnie pizzy – Włoszech ale jakiś czas temu dotarł również do Polski. Niestety chyba Polacy nie do końca dali się przekonać do tego rodzaju usługi ponieważ projekt został zawieszony, natomiast automaty z pizzą sprawdzają się na przykład w Wielkiej Brytanii.

 

Książki

Jakiś czas temu na warszawskim Dworcu Centralnym można było kupić książkę z automatu. Nie wiem czy jest on nadal czynny ale wydaje się, że nie jest to wielki problem ponieważ książka nie ma terminu przydatności a wszyscy znamy – choćby z amerykańskich filmów – automaty sprzedające gazety na ulicach.

 

Gips

Gipsomaty można znaleźć w wielu polskich szpitalach (np. w Warszawie, Płocku, Bydgoszczy). Wrzucamy monetę i dostajemy woreczek z gipsem do złamań (do wyboru są różne rozmiary), który następnie za darmo „montują” nam na kończynie w danym szpitalu.

 

Używane majtki

Kto doczytał do tego miejsca – wreszcie się doczekał. Tak! Japończycy mogli swego czasu kupować zupełnie normalnie, używane majtki uczennic, prosto z automatu. Nie pytajcie jak to wyglądało i co to były za majtki – nie wiem i prawdopodobnie się nie dowiem, ponieważ tego rodzaju sprzedaż została w Japonii zdelegalizowana w 1993 roku. Jeśli ktoś ma rodzinę lub znajomych w Japonii – zachęcam do zasięgnięcia u nich informacji na ten temat.

 

Materiały dla dorosłych

Pozostając jeszcze przez chwilę przy tematyce akcesoriów dla dorosłych – istnieje cała armia automatów sprzedających różnego rodzaju rzeczy z kategorii XXX. Znajdują się m.in. w Japonii (ach ci Japończycy). Można w nich kupić takie przedmioty jak gazety czy „akcesoria” dla kobiet lub mężczyzn. W ramach ciekawostki można dodać, że na lotnisku w Monachium również znajdują się automaty, które sprzedają oprócz prezerwatyw (jakie to wydaje się banalne – prawda?) również sztuczne odpowiedniki żeńskich narządów płciowych.

 

I-pody

W USA można kupić w automatach odtwarzacze muzyczne firmy Apple. Automaty produkuje firma z San Francisco. Pierwsze egzemplarze stanęły m.in. na lotnisku w Atlancie już w 2005 roku. Wkładasz kartę kredytową, czekasz ok. 20 sekund i oto stałeś się posiadaczem odtwarzacza mp3 z automatu.

 

Buty

Również w USA można spotkać automaty sprzedające obuwie. Kupujący mogą wybierać między maszynami sprzedającymi różnego rodzaju obuwie sportowe, natomiast jeśli jakaś kobieta poczuje się zmęczona chodzeniem przez kilka godzin w szpilkach – może zakupić w takim automacie buty „balerinki” aby dać ulgę zmęczonym stopom.

 

Kwiaty

Jeśli spieszymy się do cioci na imieniny a wszystkie okoliczne kwiaciarnie są już zamknięte – kupimy kwiaty w specjalnym automacie. W Polsce można je znaleźć na wielu stacjach benzynowych i lotniskach. Kwiaty są już ułożone w zgrabne bukiety i jedyne co nam pozostaje to wybrać ten, który najbardziej spodoba się naszej cioci.

 

Robaki

Znów na chwilę wracamy do USA. Wędkarze, którym nie chce się kopać w ziemi w poszukiwaniu żywej przynęty – mogą ją sobie kupić w stosownej maszynie. Robakomaty od niedawna pojawiły się również w Polsce. Można je spotkać np. w Trójmieście i w okolicach Zamościa. Podobno cieszą się dużą popularnością wśród wędkarzy.

 

Dmuchane balony

Ostatni przykład nietypowej sprzedaży z automatu pochodzi znów, z Japonii. Maszyny sprzedają tam dmuchane baloniki dla dzieci. Wybieramy kolor balonika a maszyna pobiera go z odpowiedniej przegródki, sama napełnia go powietrzem (lub innym gazem) i taki nadmuchany balonik odbieramy z podajnika.

 

Jak widać mnogość towarów sprzedawanych w automatach jest ogromna – i na pewno nie jest to ostatnie słowo w branży vendingowej. Jeśli zatem dręczą nas myśli, że naszego towaru nie daje się sprzedawać, to pomyślmy że ktoś zrealizował sprzedaż używanych majtek z automatu i odniósł sukces. Sukces tym większy, że został on oficjalnie zdelegalizowany przepisami prawa. Gdyby bowiem nie było chętnych na takie zakupy, biznes upadłby w sposób naturalny – a tak się nie stało i musiało wkroczyć państwo.

A więc – głowa do góry!

 

Michał Lisiecki

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Początek roku skłania wielu ludzi pracujących w sprzedaży do rozważań na temat tzw „nowego otwarcia”. Niektórzy rozpoczynają nową pracę, inni obiecują sobie, że rozwiną swoje handlowe skrzydła, jeszcze ktoś startuje z działaniem na własny rachunek.

 

Wszyscy zastanawiamy się, którą z dwóch dróg obrać dla realizacji naszych nowych celów. Pierwszą z nich jest cierpliwe „dzierganie” w ukryciu naszego dzieła, pomysłu czy zaplanowanej akcji a potem zaprezentowanie światu już gotowego rozwiązania, za pomocą którego będziemy zdobywać świat.

 

Drugą drogą jest podjęcie działania po minimalnym okresie przygotowań, wkroczenie w rzeczywistość z rozwiązaniem o określonej użyteczności a potem, w miarę rozwoju sytuacji – modyfikowaniem i rozwijaniem naszego projektu w zależności od potrzeb.

 

Zaletą pierwszego podejścia jest teoretycznie większy sukces gdyż nasze rozwiązanie jest lepiej zaprojektowane. Wadą jest dłuższy czas kiedy nie uzyskujemy dochodów gdyż nasze „coś” pozostaje w ukryciu.

 

Analogicznie – druga droga pozwala szybciej realizować sprzedaż ale z pewnością części potencjalnych klientów nie uda nam się pozyskać z uwagi na pewne niedopracowanie efektu naszej pracy.

 

Zastanawiając się nad tym, która droga jest lepsza, szukajmy przykładów, które przemówią do naszej wyobraźni. Ja znalazłem trzy, które przekonują mnie do drogi numer dwa. Oto one:

 

DYSTRYKT 9

Ci, którzy pamiętają jak świetnie prezentuje się ten film od strony wizualnej mogą nie chcieć uwierzyć, że jego prekursorem był – niemal prymitywny – filmik „Alive in Joburg”.

 

REKSIO

Każdy chyba w Polsce wie kim jest Reksio – wszyscy mamy w głowach jego wizerunek. Jeśli jednak obejrzymy pierwszy odcinek serii (odcinek pt „Reksio poliglota”), zachłyśniemy się herbatą z wrażenia ponieważ to, co zobaczymy na ekranie w bardzo niewielkim stopniu będzie przypominało Reksia jakiego znamy.

 

FAMILY GUY

Perfekcyjna animacja tego serialu dla starszych widzów jest wielkim sukcesem jego twórcy – Setha MacFarlane. To, co widzimy posiada nie tylko własny styl. Rzeczywistość świata Family Guya jest odwzorowana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Spójrzmy jednak na początki – a złapiemy się za głowę. W „The Life of Larry” odnajdziemy zaledwie cień podobieństwa do późniejszych perypetii rodziny Gryffinów. Nawet imię głównego bohatera (nie mówiąc już o jego fizjonomii) jest zupełnie inne niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni gdy słyszymy piosenkę otwierającą każdy odcinek Family Guy.

 

Jak zatem widać, komercyjny sukces wcale nie musi oznaczać, że początki były spektakularne. Jeśli podjęliśmy jakieś zobowiązania sprzedażowe z myślą o nadchodzącym roku, to starajmy się raczej wypuścić na wodę dłubankę, która stanie się potem fregatą niż usiłować w pojedynkę zawojować rynek kompletnym produktem, którego tworzenie pochłonie dziesięć lat naszego życia.

 

Michał Lisiecki